Przejdź do treści

Nauczycielu dobry…

Rok szkolny trwa już od dziesięciu dni. Błogi czas wakacji skończył się dla uczniów i nauczycieli, trzeba znowu wmiksować się w system codziennego wstawania, odrabiania lekcji i uczenia się do kartkówek. Ponieważ w ostatnim czasie dużo rozmawiam z ludźmi (tak, wiem, wspominam o tym w każdym kolejnym poście. Tak jakbym zasadniczo na co dzień z nimi nie rozmawiała…), kilkakrotnie podjęty został temat szkoły (nieodłącznej części naszej młodocianej rzeczywistości) i nauczycieli.

Zaczęłam się zastanawiać nad zawodem nauczyciela, który, z jednej strony, jest utożsamiany z misją na księżycu, a z drugiej – za piekło, za które mało się płaci. Kim jest jednak tak naprawdę dobry nauczyciel i jaki ma wpływ na młodych ludzi? Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie, mogę natomiast rozważyć wpływ osób, pracujących w tym zawodzie, na rzeczywistość. Każdy przecież spotkał w swoim życiu niejednego nauczyciela. Ilu z nas ukształtowały wychowawcze rozmowy z panią od polskiego, nauczycielem religii, czy WF-istą? A wy, drodzy nauczyciele, czy zdajecie sobie na pewno sprawę z tego, kim właściwie jesteście, czy też zamykacie się w przykrej „konieczności” chodzenia do szkoły z przyzwyczajenia i chęci „przetrwania” do emerytury, na którą teraz nie trzeba będzie w Polsce aż tak długo czekać? Zatem dzisiaj trochę o pracy nauczyciela z różnych punktów widzenia.

Ostatnio oglądałam film Stowarzyszenie umarłych poetów w rezyserii Petera Weira. Z niego właśnie pochodzi jeden z kadrów na powyższym obrazku. Otóż ten właśnie film pokazuje pewnego nauczyciela angielskiego (w tej, jakże wspaniałej roli, Robin Williams), który zaczyna uczyć w bardzo prestiżowej amerykańskiej szkole męskiej. Poznajemy klasę chłopców z wieloma marzeniami, wielkim potencjałem, ale też ogromnymi oczekiwaniami ze strony rodziców. Nagle na ich drodze staje charyzmatyczny nauczyciel, inny niż wszyscy, który otwiera przed nimi perspektywy innego życia – w wolności, radości, ale też odpowiedzialności za kreowaną rzeczywistość. Nauczyciel staje się w oczach młodych chłopców mistrzem, pewnego rodzaju legendą. Mają pragnienie naśladowania go, daje im nadzieję, że można żyć inaczej, podążać za własnymi marzeniami, a poezja to nie tylko to, co można wyczytać w mądrych artykułach naukowych. I że należy życie wziąć w swoje ręce. Carpe diem. Kto nie widział jeszcze tego filmu, to jak najbardziej zachęcam. Jest to ekranizacja książki o tym samym tytule.

Trochę autobiografii

„Nauczycielstwo”, jeśli mogę tak to nazwać, towarzyszy mi od wczesnych lat dzieciństwa, z powodu zawodu obranego przez moich rodziców. Oboje są nauczycielami, chociaż zupełnie innych dziedzin. W mojej rodzinie mam, poza moimi rodzicami, pięciu innych nauczycieli. Nie wydaje się więc niczym zaskakującym, że na rodzinnych spotkaniach jednym z tematów przewodnich podejmowanych w dyskusjach była odkąd pamiętam, szkoła właśnie.

Wychowując się w systemie „szkoła-dom”, jeszcze jako uczeń, zawód nauczyciela nie wydawał mi się niczym specjalnym. Praca, jak praca, moi rodzice jakoś dawali radę z godzeniem swoich obowiązków szkolnych z prowadzeniem domu i ogarnianiem własnych dzieci. Zdarzało się, że zostawali w szkole dłużej niż my, ale wydawało się to naturalne. Często również my zostawałyśmy z nimi, więc wszystkie szkolne zabawki były wówczas do naszej osobistej dyspozycji 😀 Nauczyciele ze szkoły podstawowej byli dla nas wówczas głosem rozsądku. Stanowili ostoję bezpieczeństwa, musieli znać odpowiedź na każde pytanie. Byli autorytetami, drudzy po rodzicach, więc wszyscy ufaliśmy im bezgranicznie. Mieli głos decydujący we wszystkich sporach. Mało interesowało nas ich życie prywatne. Byli po prostu ludźmi, którym z urzędu należy się szacunek. Muszę tutaj wspomnieć, że miałam to szczęście należeć do małej, wiejskiej szkoły podstawowej, w której wówczas w jednej klasie znajdowało się od 3 do 8 uczniów. Oznaczało to nauczanie mocno indywidualne, stałą kontrolę pracy domowej, ale też niezbite podstawy właściwej edukacji. Było nie do pomyślenia, że ktoś po 6 latach naszej szkoły mógł nie umieć dobrze czytać, liczyć etc. Nauczyciele bardzo cenili sobie wysoki poziom, stawiali wymagania. W naszej miejscowości wszyscy właściwie się znali, więc i kontakt z rodzicami, jeśli chodzi o zachowanie uczniów, również nie był utrudniony. Podstawówkę skończyłam z radością i kilkoma osiągnięciami (ale o nich może innym razem) i do gimnazjum przeniosłam się do szkoły zlokalizowanej w pobliskim miasteczku.

***

Przejście do gimnazjum zmieniło mój obraz szkoły jako instytucji, która stała się nagle aparatem ucisku. Nie było nic przyjemnego w ogromie prac domowych zadawanych w nadziei, że ten, jakże chłonny, czas umysłu wieku młodzieńczego, zostanie maksymalnie wykorzystany przez nasze szare komórki. Rzeczywiście, dużo informacji z tego czasu zostało mi w pamięci, ale pamiętam też siano w głowie i różne głupie pomysły. Modne było wówczas narzekanie na nauczycieli, którzy zawsze zadawali za dużo, wymagali zbyt wiele i generalnie byli podstawowymi wrogami naszej biednej uciśnionej młodzieńczej świadomości. Szacunek i respekt do zawodu nauczyciela niebezpiecznie malał, tym bardziej, że klasy były coraz większe. Dla mnie była to kompletna zmiana klimatu, w której doświadczyłam tego, że (o zgrozo!) można przyjść nieprzygotowanym na zajęcia i nauczyciel może tego nawet nie zauważyć! Myślę, że niejeden uczeń korzystał z tej możliwości, natomiast byli też Ci, którzy walczyli o status najlepszych. I bardzo dobrze – poziom w nauce rósł, osiągnięcia również. Było więc środowisko uczniowskie i środowisko pokoju nauczycielskigo. Dla mnie, wychowanej w szkole, gdzie własnej mamusi musiałam nieraz szukać w pokoju nauczycielskim właśnie (i chcąc nie chcąc, wszyscy nauczyciele uznawali to za normę, w końcu to moja mama), obraz tego tajemniczego miejsca w szkole uległ w moim umyśle kosmicznej przemianie. Ciężko mi jest nawet w wyobraźni przywołać wizję tego pokoju z czasu gimnazjum. Do pokoju nauczycielskiego chodziło się niechętnie i najczęściej po to, aby oberwać jakąś nieprzyjemną uwagę za nieprzestrzeganie zasad. Nauczyciele natomiast, żyjąc w środowisku tych ni to dzieci, ni to dorosłych, musieli jakoś walczyć o swój status i szacunek i… przetrwanie. Byli nauczyciele lubiani za to, że wymagali mniej i pozwalali sobie na żarty w klasie. Byli i Ci doceniani za stanowczość i wysokie wymagania. Byli też tacy, z którymi każda minuta 45-minutowej lekcji zmieniała się na wieczne oczekiwanie końca świata. Z perspektywy czasu widzę, że najbardziej liczyła się dla nas wówczas szczera rozmowa, konkret życiowy, ale też dyscyplina i zainteresowanie. Najbardziej lubiliśmy niecodzienne lekcje, inne niż zwykle. Docenialiśmy oryginałów, którzy przeciwstawiali się systemowi i z którymi można tez było normalnie porozmawiać. Łapaliśmy w lot teksty ukochanych nauczycieli i potrafiliśmy przyjść na zajęcia dodatkowe nie tylko dla dobrej oceny i towarzystwa. Rola nauczyciela zaczęła ulegać przemianie – z mistrza zmieniał się w… doradcę, ostoję spokoju i… człowieka, który ma rodzinę i swoje problemy.

***

Szkoła średnia oznaczała zmianę zakresu wymagań, która zawsze łączy się z bolesnym zderzeniem ze ścianą. Okazało się, że wrażenie o nadmiernej ilości pracy domowej w gimnazjum było mylne. W porównaniu do nich licealni sorowie oczekiwali gwiazdki z nieba, i to nie tylko na lekcji z astronomii. W pierwszej klasie oceny posypały się w dół, a nasze mylne wyobrażenie o szkole uległo kolejnej przemianie. Nauczyciele byli znowu aparatem ucisku, ale my mieliśmy już na tyle swojego rozumu, że umieliśmy z nim umiejętnie walczyć swoimi sposobami – znajomością statutu, łapaniem za słówka, pilnowaniem, żeby była w zapasie odpowiednia liczba nieprzygotowań na czarną godzinę. Teraz myślę sobie, że ta gra była głęboko nie fair, bo przecież nauczyciele wymagali od nas dla naszego dobra, a nie dla ocen. Jednak prestiż szkoły oczekiwał dobrych wyników, więc, chcąc nie chcąc, trzeba było siedzieć nieraz po nocach z nosem w książkach. Postrzeganie nauczycieli w tamtym czasie uległo ogromnej metamorfozie. Zaczynali być dla nas partnerami do rozmów na poważne tematy. Uwielbialiśmy spisywać ich zabawne powiedzonka, ale też mieli u nas autorytet, na pewno większy niż w gimnazjum. Ponieważ zaczęliśmy dostrzegać w nich ludzkie cząstki (chociaż tekst jednego z sorów, który miał dość kontrowersyjne metody nauczania, że „dzwonek jest dla nauczyciela, nie dla istoty ludzkiej”, mocno zapadł mi w pamięć jeśli chodzi o obraz nauczyciela jako nadczłowieka :D), bardzo interesowało nas ich życie prywante. Sprawdzaliśmy facebooki, szukaliśmy zdjęć w internecie.. Krążyły legendy o zamkniętym w szufladzie warkoczu naszej biologicy… Mieliśmy nauczycieli wychowawców i nauczycieli przywódców, protoplastów, czy motywatorów. Co ciekawe – wychowawcy najczęściej zajmowali się przedmiotami najmniej ważnymi, z punktu widzenia edukacji maturalnej, tzn. uczyli religii, czy historii sztuki. Tam byly rozmowy o życiu, o kulturze, o naszych problemach, marzeniach i nadziejach. Kto z nas mógł przypuszczać, że za kilka lat będziemy musieli sprostać wymaganiom, o jakim nam się wówczas nie śniło, a nie tylko… maturze. Nauczyciele motywatorzy mówili tylko o kolejnych olimpiadach, nauczyciele protoplaści przygotowywali nas do systemu studenckiego, przywódcy okazywali swoją wyższość. Byli też tacy, z którymi nie mieliśmy nigdy zajęć, ale których znała cała szkoła i miło było z nimi chwilę pogawędzić między lekcjami. Takie dobre duszki naszej szkoły 😀 Mieliśmy wówczas szacunek do wykształcenia i wiedzy nauczycieli, ale posiadaliśmy też własny ogląd rzeczywistości, który zaczynał wysuwać się na pierwszy plan. Szczególnie dobrze zapamiętaliśmy nauczycieli, którzy uczyli nas z pasją, kochali z nami rozmawiać, a przede wszystkim –  chcieli nas słuchać. Ileż było nieraz rozmów i łez, ileż stresów i radości z uzyskanej pozytywnej oceny. Mogłabym o czasie liceum napisać naprawde dużo, może kiedyś urodzi się tutaj jakiś post na ten temat. Natomiast, jeśli chodzi o nauczycieli – zostali nam w pamięci, jako ludzie naprawdę wartościowi. Z niektórymi mamy kontakt do dziś i lubimy się z nimi spotykać wpadając do szkoły, lub pójść na kawę w czasie wolnym. Zresztą, są oni zawsze zainteresowani naszą karierą, w końcu mają w naszym rozwoju jakiś swój udział.

***

Studia na Uniwersytecie Warszawskim pokazały nowe oblicze nauczycieli. Profesorów i doktorów, którzy swój status zawdzięczają nie tylko wysokiej pozycji wśród uczniów (że nauczając już są „nad” resztą społeczeństwa), ale również wybitnym osiągnięciom naukowym. Ci bardziej otwarci byli również chętni do dyskusji i odpowiadali na nasze kreatywne propozycje, które nie tylko pozwalali nam rozwijać, ale nawet wspierali nas w wybieraniu właśniwej drogi. Wysokie wymagania uwarunkowane tym, że studia nie są przecież za karę, ale z własnego wyboru, były stawiane przez nich w naturalny sposób i przyjmowane przez nas jako zupełna norma. Wbrew pozorom, bardziej krytykowani byli prowadzący mało wymagający (chociaż należy tu zauważyć, że są na Uniwersytecie przedmioty ważne i ważniejsze), natomiast Ci, którzy oczekiwali naszej wiedzy, byli doceniani, a ich autorytet wśród studentów rósł. Bardzo ciekawa jest zmiana perspektywy postrzegania nauki jako takiej na Uniwersytecie. Wszyscy wiedzą, że jeśli nie nauczysz się na egzamin, a go, jakimś dziwnym trafem, zaliczysz, to i tak tej wiedzy będzie ktoś od Ciebie wymagał w normalnym życiu. Jak możesz być kiedyś nauczycielem (a na takiej, przykładowo, byłam specjalizacji – nauczycielskiej), skoro sam nie znasz tematu? Ci, którzy kiedykolwiek dawali korepetycje wiedzą doskonale, że nie da się długo w ten sposób funkcjonować. Jeżeli bierzesz swój zawód na poważnie, to zrobisz wszystko, żeby czuć się kompetentnym na swoim stanowisku. Zresztą, ta odpowiedzialność, która na Tobie ciąży, żeby przypadkiem nie wprowadzić kogoś w błąd… ale o tym później. Najpiękniejszy obraz nauczyciela na studiach to dla mnie człowiek, który nie musiał wcale wymagać. Zadawał pracę domową, ale nie musiał pytać, kto przeczytał tekst. Jego prostudenckie podejście nie pozwalało na przyjście na jego zajęcia nieprzygotowanym. To po prostu nie uchodziło. Zawsze bezinteresownie pomagał studentom i wspierał ich w sięganiu wyżej. To jest dla mnie pradziwy obraz nauczyciela, który nie oczekiwaniami, ale swoim zaangażowaniem motywuje uczniów do pracy. Przed egzaminami dał nam możliwość przyjścia na zajęcia dodatkowe w dwóch terminach, tak, aby wszyscy studenci z jego grup mogli w nich uczestniczyć (jeśli chceli). To było wspaniałe. Siedzieliśmy tam i nie chciało nam się wychodzić, chociaż czas zajęć już dawno minął. Dziękuję Bogu za takich nauczycieli, bo dają nadzieję przyszłym pokoleniom, że może nie będzie jeszcze tak źle z naszym szkolnictwem 🙂

***

W końcu pojawia się mój ubogi wątek własnego nauczycielstwa. Obowiązkowe praktyki w szkole podstawowej i mniej obowiązkowe – w szkołach językowych pokazały mi, jak to jest patrzeć z drugiej strony. Zaczęłam wówczas sama postrzegać nauczycieli, czy wreszcie, własnych rodziców, w zupełnie inny sposób. „Wow, mamo, jak ty to ogarniasz? Tato, ile czasu zajmuje Ci sprawdzenie tych kartkówek??”. Siedzenie nad wypracowaniami pięcioklasistów pokazało mi, co to znaczy praca nauczyciela. 45 minut lekcji okazało się sekundą przemijającą w mig, a perspektywa sprawdzenia pracy domowej w trzydziestoparoosobowej klasie wydawała się czymś nie do ogarnięcia. I jak ja mam im niby stawiać oceny, jak jest ich tylu, że już nie kojarzę, komu trzeba wstawić plus za aktywność, a komu 1 za brak pracy domowej??? I do tego odpowiedzialność za ich wiedzę. Czy to, co piszę, to nie jest aby błąd? Czy ja im nie robię przypadkiem wody z mózgu, a sama nie znam tematu, który im muszę wytłumaczyć?Mój szacunek do nauczycieli wzrósł nieproporcjonalnie, a ja, mimo, że bardzo lubię dzieci, upewniłam się w przekonaniu, że do szkoły podstawowej to się raczej nie nadaję. Kryteria sprawiedliwego oceniania zdają się być ponad moje siły, zwłaszcza z takiego przedmiotu jak język polski. Było to jednak ciekawe doświadczenie, obserwowanie tego szkolnego świata zza pleców uczniów, z innej już perspektywy. Patrzenie, jak nauczyciele radzą sobie z własnym nieprzygotowaniem, jak po niektórych widać zmęczenie, albo jak popełniają błędy bez przymknięcia powieki i zawsze potrafią je wytłumaczyć w sposób korzystny dla siebie. No po prostu majstersztyk. Rozumiem, że to lata doświadczenia, ale nadal mnie to zadziwia. Zdałam sobie sprawę z niezwykłego statusu nauczyciela, który, fajnie, jeśli jest lubiany, jeśli lekcje z nim są przyjemne dla uczniów, ale przede wszystkim ma przekazać pewną wiedzę. O świecie, ale i o życiu. I to, jakim jest człowiekiem prywatnie ma w tej kwestii niesamowicie duże znaczenie. Nauczycielu, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że patrzą na Ciebie? Patrzą na Twoje życie, na to, czy masz żonę, czy kochankę, sprawdzają czy chwalisz się sukcesami, które są autentyczne, czy zmyślone, na każdym kroku oczekują prawdy…? Im dalej w szkolny las, tym więcej pytań, więcej oczekiwań, więcej potrzeb. My, nauczyciele, MUSIMY zdawać sobie z tego sprawy, nie możemy tego lekceważyć. Dobry pedagog ma niesamowity wpływ na, układającą się w dziecięcej głowie, rzeczywistość. Ktoś może dzięki Tobie pokochać literaturę albo ją znienawidzić. Ktoś może dzięki Tobie poznać, czym jest uczciwość, albo czym jest kombinowanie. Wpływasz na status moralny swoich uczniów. Tak! Ty, nauczycielu! I nie możesz mówić, że szkoła i życie to dwie różne dziedziny – jesteśmy jednym – jeśli żyjesz i jesteś nauczycielem, to szkoła MA wpływ na Twoje życie i odwrotnie. Tak jest też w każdym innym zawodzie. Sama miałam okazję się o tym przekonać, kiedy miałam bardzo ciężki i pracowity czas na uczelni i w życiu prywatnym, a musiałam jeszcze przygotować sensowną lekcję i ją przeprowadzić. I wszyscy patrzyli wówczas tylko na mnie. Zatem, nauczycielu! Czegokolwiek uczysz, na jakimkolwiek poziomie, obudź się!  Obudź się, bo warto być Kimś, nie tylko zwykłym belfrem, z którym zajęcia trzeba po prostu przeboleć.

Inne historie prawdziwe

Usłyszałam w ostatnim czasie wiele historii o nauczycielach. O wychowawcach. O tych, którzy dawali nadzieję. Z jak wieloma problemami borykają się dzisiaj dzieci i młodzież chodzący do szkół – nieraz nie chcemy sobie zdawać z tego sprawy. Wszyscy przechodzą przez nasze nauczycielskie ręce, ale nie zawsze jest dość czasu, żeby wszystkich wysłuchać. Jako nauczyciele mamy też swoje sympatie, jednych uczniów lubimy bardziej, inni rozwalają nam lekcje i doprowadzają nas do białej gorączki… Ale nieraz tylko my możemy być dla kogoś „Rabbuni…”, jak Chrystus dla Marii Magdaleny1.

Chłopak z domu alkoholików. Przemoc. Ucieczka. Narkotyki. Bunt. Poprawczak. Szkoła. Nauczyciel WF-u. Trener. Wiara, że jestem coś warty, że mogę o siebie zawalczyć, że osiągnę coś w życiu. Dzisiaj zmiana rzeczywistości. Dzisiaj to co osiągnąłem jest moje, bo ktoś we mnie uwierzył, a każdy sukces jest dodatkową motywacją. Dziękuję, nauczycielu!

***

Dziewczyna w domu, gdzie właśnie rozpada się małżeństwo. Ból. Rozpacz. Niezrozumienie. Samotność. Szkoła. Nauczyciel historii. Nadzieja na lepsze jutro. Nauka odpowiedzialności i wyciągania wniosków. Wiara we własne możliwości, zauważenie talentów, wsparcie, rozmowa o życiu. Dzisiaj wspomnienie buduje chęć naśladownictwa. Dzisiaj ja chcę być jak Ty, chcę nieść innym nadzieję, chcę być wychowawcą! Dziękuję, nauczycielu!

***

Chłopak wychowywany bez rodziców. Jednego. Dwojga. Tęsknota. Bunt. Samotność. Brak poczucia własnej wartości. Ucieczka. Nałogi. Szkoła. Nauczyciel WF-u. Trener. Inwestycja w przyszłość. Uczenie się szukania siły w sporcie. Nadzieja na osiągnięcie sukcesów. Zwycięstwo. Jedno. Dwa. Radość wyboru drogi życia. Dziś chcę być dla innych tą nadzieją, a w chwilach trudności powraca wspomnienie, że jest ktoś, na kogo mogę liczyć, chociaż nie jest on moim ojcem. Dziękuję, nauczycielu!

***

Dziewczyna, w której rodzinie rozgrywa się wojna. Pociski słów. Krzyk. Płacz. Depresja. Brak odwagi. Brak wiary. Brak nadziei. Brak miłości. Szkoła. Nauczyciel religii. Docenienie. Rozmowa. Wsłuchanie się w problemy. Spowiedź z życia. Spojrzenie oczami Boga. Pokazanie, że świat ma swoje piękno. Przyjaźń. Poczucie, że jest Ktoś, kto czuwa. Że moje życie ma sens, że miłość ma sens, że istnieje. Teraz ja chcę być miłością dla innych. Chcę słuchać, rozumieć i pocieszać. Dziękuję, nauczycielu!

W tych krótkich historiach może odnaleźć się wielu z nas. To historie, które uratowały niektórym życie. A główną w nich rolę odegrali tylko nauczyciele. Tylko i aż.

Mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Mogły zakończyć się nawet… śmiercią. Nauczycielu, zdajesz sobie z tego sprawę? Możesz dać komuś wiarę w to, że jest kimś wyjątkowym. Możesz dać komuś odwagę zwalczania przeciwności! Ale możesz też dać – śmierć, nienawiść. Nie tylko względem własnego przedmiotu, ale również świata. Możesz to sprawić swoją ignorancją i odbębnieniem przykrego obowiązku.

Dzisiaj ja chcę przywrócić wiarę nauczycielom. Że warto nimi być. Że nie jest to jakaś patetyczna misja nauczania świata i zmieniania go na lepsze głoszeniem przepięknych wykładów, ale pokazanie swoim życiem i czynami uczniom, że są kimś, w kogo warto inwestować. Że mają swoje talenty i że mogą w swoim życiu zwyciężyć. Ale co? Właśnie to. Mogą wygrać życie!

Kiedy myślę o obrazie nauczyciela przychodzi mi na myśl obraz Jezusa właśnie. Nauczającego na Górze Błogosławieństw, głoszącego w świątyni, albo na łodzi świętego Piotra. Jakim On był nauczycielem i dlaczego pociągnął tłumy, a dla grona dwunastu i kilku kobiet był Mistrzem? Usłyszałam ostatnio od jednego znajomego z pracy: „Mam trzydzieści lat i kilku znajomych. Mam też na głowie dużo obowiązków. Mam dwóch przyjaciół, na których wiem, że mogę liczyć. I mogę przyjąć, że Chrystus był Bogiem. Ale nie mogę zrozumieć jakim cudem miał aż dwunastu bliskich przyjaciół???”. No właśnie, Jezus mówił przecież:

Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili(J 15, 14-16a)

Czy nie to właśnie powinno być dewizą nauczyciela? Troska. Jezus zwracał się do swoich uczniów wielokrotnie: „Dzieci”. Kochał ich i rozumiał ich trudności. Na pewno wysłuchiwał ich obaw. Przecież ze względu na niego zostawili wszystko2. On był dla nich Nauczycielem życia, sprawił, że wierzyli, że ma ono sens, że mogą przynieść dobre owoce. Że jest Ktoś, kto wierzy w ich wartość, Kto daje im szansę na to, by żyć inaczej. To jest jedyna właściwa droga nas nauczycieli. Kochanie naszych uczniów. Wiedzy nie stanie, bo jej zasób ciągle się zmienia i to czego uczymy dzisiaj może jutro być uznane za bzdurę. Zresztą, jest tego tyle, że i tak nie uda nam się wszystkiego przekazać. A Jemu? Potrzeba było trzech lat, żeby nauczyć czym jest miłość, czym jest świat, czym jest nadzieja. I więcej powiedziała Jego śmierć niż wszystkie kazania. Takimi bądźmy świadkami, bracia nauczyciele. Świadkami życia, nadziei i miłości!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Udało mi się, z pomocą moich utalentowanych znajomych, stworzyć fanpage na facebooku 😉 Zachęcam do polubienia! https://www.facebook.com/pokochana Będę tam na bieżąco wrzucać nowopowstałe artykuły, gdyby ktoś miał ochotę na spojrzenie z nieco innego punktu widzenia 😉 Jest nas już prawie setka! <3
Dziękuję też za wszystkie wiadomości od was, żeby pisać dalej, że to czytacie 🙂 Jest to niesamowicie motywujące dla początkującej bloggerki 😀 A nie będę ukrywać, że napisanie każdego artykułu kosztuje mnie troche czasu i przemyśleń… Piszcie, komentujcie, pytajcie! Chce poznać wasz pogląd! Jakie są wasze doświadczenia z nauczycielami? Jak wy się czujecie w tej roli?
Czekam na wasze odpowiedzi 🙂
Buziaki,
Monika.

___________________________

1 Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! (J 20,16)
2 Wtedy Piotr rzekł do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?» Jezus zaś rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy.Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. (Mt 19, 27-30)

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.