Przejdź do treści

Bilans niemieckich wojaży. O kościele w Niemczech.

Kiedy minął mój pierwszy tydzień w Rzeczpospolitej i nacieszyłam się już trochę polskim powietrzem, klimatem narzekań i gościnności, językiem szumiącego lasu i słońcem końca wrześniowych wakacji, mogę wreszcie przysiąść i podsumować jakoś czas mojego wyjazdu do naszych zachodnich sąsiadów 🙂 Jest co opowiadać, ale i oglądać, dlatego ten post naszpikuję, co nieco, zdjęciami 🙂 Ci, którzy czytali moje poprzednie artykuły wiedzą już, że w Niemczech pracowałam przez 1,5 miesiąca, ale każdą wolną chwilę poświęcałam na zwiedzanie, słuchanie, spacerowanie, spotykanie się z ludźmi, tudzież… pisanie bloga 😛  Z powodów niezależnych (odsyłam tu po więcej szczegółów) nie udało się zobaczyć wszystkiego z tego, co sobie zaplanowałam, ale i tak był to czas bardzo bogaty w doświadczenia 🙂

Zastrzegam sobie, że wszystko, co opisuję, to moje osobiste spostrzeżenia, więc nie mówię, że przekłada się to na cały kraj, czy że Niemcy są tacy, czy inni. Ja po prostu spotkałam akurat takich ludzi. Muszę trochę generalizować, bo inaczej ten post nie miałby końca 😀

Niemieckie dzieci, które oprowadzały mnie po wsi i śmiały się, że nie rozumiem prawie żadnego ich słowa. 🙂

Moje niemieckie obserwacje

Decyzja o wycieczce do Niemiec była mało przemyślana i mocno spontaniczna. Nie sądziłam, że ten wyjazd będzie aż tak przełomowym momentem w moim życiu 🙂 Nigdy bym nie przypuszczała, że zyskam dzięki niemu tak wiele niesamowitych spotkań, znajomości, przygód…

Przekroczenie granicy własnym samochodem to coś niezapomnianego 🙂 Zmiana słupków na autostradzie na biało-czarne, w miejsce biało-czerwonych, pojawiające się niemieckie napisy, czy znaki „pierwszeństwo pieszych” z kobietą w spódnicy, eleganckie, czyste domki z ogródkami, w których rosną krasnale i inne dziwne figurki, ludzie, u których ciężko nieraz rozpoznać płeć (autentycznie!), tatuaże i wszechobecne papierosy, które pali się od dzieciństwa do starości… witamy w Niemczech!

Trochę a propos równości płci 😀
Niemiecki kościół protestancki. Był zamknięty niemal zawsze.
Typowy niemiecki wiejski domek w Turyngii
Drugi typowy niemiecki domek granicy Turyngii i Bawarii. w kolorach fasad dominowała biel i szarość.

Będąc w Niemczech przez 45 dni miałam okazję uczestniczyć w niemieckim grillu, pikniku organizowanym dla wspólnoty protestanckiej, turnieju siatkówki dla młodzieży niemieckiej, obcojęzycznych mszach świętych (chociaż znalezienie kościoła z niedzielną Eucharystią i dotarcie na miejsce było nie lada wyzwaniem!)… Uwielbiałam spacerować po turyndzkich lasach i pagórkach, zachwycałam się łąkami i pasącymi się na wzgórzach stadami krów i owiec 🙂 Otwarta na nowe doświadczenia czerpałam, ile można, z mojej wycieczki 😀

Jestem świadkiem niemieckiej gościnności, poznałam troszkę tamtejeszej mentalności. Jednym z najciekawszych wydarzeń, w jakich brałam udział było niemieckie przedstawienie na pikniku dla wspólnoty protestanckiej i procesja w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny do kaplicy w lesie. Ale o tym dalej.

Moja opinia o narodzie niemieckim, który postrzegałam niegdyś za nieco gburowaty i twardy i generalnie niebezpieczny, po podróży uległa znacznej poprawie 🙂

Z anegdotek
Drezno, podwoziłyśmy jedną dziewczynę blablacarem. Zaparkowałam, zajmując dwa miejsca, tak naprawdę na chwilę, nie chcąc nawet wychodzić specjalnie z auta, bo zaraz miałyśmy jechać dalej. Zresztą, cały parking był zupełnie pusty, może stały na nim dwa inne auta, poza moim. Ledwie wysiadłam z samochodu, podszedł do nas niemiecki starszy pan z upomnieniem, żeby nie zajmować dwóch miejsc, bo to niepoprawne parkowanie. I tak, dopiero przekroczyłyśmy granicę, a już powitał nas typowy niemiecki porządek 😀

Miejscowość do której zmierzałyśmy to typowa niemiecka wioska na granicy Turyngii i Bawarii. My mieszkałyśmy w Turyngii, natomiast do kościoła w niedzielę jeździłyśmy do katolickiego landu papieża Benedykta XVI.  Jak tylko znalazłam chwilkę, poszłam zobaczyć, gdzie będę mieszkać przez kolejne 45 dni.

Widok na wioskę ze wzgórza.
Widok z innej strony
Krajobraz miejscowości z innej strony.
Kręte ścieżki turyndzkich wiosek. I niesamowicie równa nawierzchnia 😀

Tereny, na których mieszkałam były raczej pagórkowate. Krętymi ścieżkami podjeżdżało się coraz wyżej. Pięknie to wygląda w czasie spaceru, kiedy nagle zza wzgórza wyłaniają się piękne przestrzenie: lasy, miasteczka, pola, łąki. A na nich pasą się owieczki albo krowy.

Niemieckie owieczki pasące się na polance.
Krówki wśród trawy, w promieniach słońca 🙂

Szczególnie podobało mi się zagospodarowanie niemieckich lasów. Większość z nich, to własność prywatna. Znaczna część turystów przyjeżdża do Turyngii właśnie na spacery. Można spotkać wielu ludzi z kijkami do nordic walking. Od czasu do czasu na leśnej ścieżce, lub wśród pól, można natknąć się na… ławeczkę, na której można przysiąść, zaczerpnąć oddechu i podziwiać piękne otoczenie.

Jedna z wielu ścieżek wiodących do lasu.
Jedna z wielu ścieżek wiodących do lasu.
Leśne tereny pod koniec niemieckiego lata.
Wielka polana.
Pole z widokiem na pobliskie wsie.
Polana i zjawiskowe niebo.
Drogowskazy na rozstaju polnych dróg.
Bardzo ciekawe zjawisko. Trzy drzewka, z czego jedno, to jarzębina, drugie to zielone, urodzanje drzewo, a trzecie… zupełnie uschnięte. Przypomina się Mk 11 🙂
Jedna z ławeczek przydrożnych, na której zdarzyło mi się spocząć 🙂

W sytuacji tak pięknego otoczenia, grzech byłoby z niego nie skorzystać 🙂 Uskuteczniałyśmy więc z moimi towarzyszkami sesje zdjęciowe, gdzie się tylko dało, korzystając z pięknej, słonecznej pogody 😀 Część efektów naszej pracy możecie zobaczyć TU (link) .

Jeśli ktoś z was oglądał kiedyś typowe, stereotypowe niemieckie filmy lub musicale, niemieckiego wieśniaka kojarzy z grubym gościem w kapeluszu i szelkach, z piwem w ręku, który jodłuje, mniej więcej, tak:

I nie powiem, trzeba mieć trochę talentu, żeby coś takiego zaśpiewać. Szacun dla Pana Niemca 😀

Niemcy rzeczywiście lubią ubierać się w swoje tradycyjne stroje, ale tylko w czasie tzw. Festów. Obecnie trwa, zdaje się October Fest, czyli powitanie jesieni. Świętują go również, mieszkający w Niemczech, Polscy celebryci (patrz TU). My mieliśmy okazję zobaczyć ułamek niemieckiego folkloru w czasie protestanckiego pikniku, na który zostaliśmy zaproszeni.

Tak mniej więcej wygląda Niemiec grający na akordeonie na protestanckim pikniku 😀

Dosyć charakterystyczną cechą niemieckiego wiejskiego krajobrazu są… krasnale. Rzeczywiście w każdym ogródku musi stać co najmniej jeden gnom tudzież porcelanowe zwierzątko, stworzonko, etc. Wszystko zależy od bogatej wyobraźni właściciela posesji. Ogrodowe dekoracje są do tego stopnia popularne, że w gazetce z Obi reklamy tego typu ozdóbek zajmują nawet 4 strony A4!

Może być jeden krasnal pilujący posiadłości…
…. a może być ich pięćdziesiąt… Co kto lubi 😀

Jak widać na powyższych zdjęciach Niemcy rzeczywiście bardzo cenią sobie porządek w otoczeniu. Nie znajdziesz na podwórku bałaganu, w lesie zamiast śmieci możesz natrafić na jagody albo jeżyny (swoją drogą, przepyszne!). Jeśli chodzi o ekologię, jest to kraj, na moje oko, bardzo rozwinięty – segregacja śmieci jest obowiązkowa, a plastikowe butelki zwraca się do automatu w supermarkecie. I dostajesz za nie… zwrot pieniędzy na zakupy! Bycie ekologicznym w Niemczech się po prostu opłaca!

Inną ciekawą sprawą w Niemczech jest ochotnicza straż pożarna. Tak się akurat złożyło, że mieszkałyśmy bardzo blisko remizy. Z powodu wielkich upałów (co nieczęsto się zdarza na tych pagórkowatych terenach) było zgłoszonych kilka pożarów lasów. Samochody strażackie jeżdziły w tę i z powrotem, na sygnale, obok naszego domu i poza tym, że nie dawały nam spać po nocnej zmianie, ratowały niemieckie puszcze. W naszej wiosce był staw pełen wody, więc strażacy przyjeżdżali co chwilę napełnić zbiornik i znowu pędzili w strony, w które ich wezwano. Było ich  bardzo wielu, niesamowita dyscyplina pozwalała im na szybką i sprawną akcję o każdej porze dnia i nocy.

Wozy strażackie stoją przy stawie, którego nie widać na zdjęciu. Ale jest po jego lewej stronie 😉

Poza ratowaniem lasów niemiecka straż pożarna zajmowała się obstatwianiem… procesji religijnych! Tym sposobem przechodzimy do drugiej części mojego artykułu.

Czas zatem na wycieczkę rowerową w stronę niemieckiego Kościoła!

Kościół w Niemczech

Ciężko jest mi pisać o całym kościele w Niemczech, o którym my, Polacy, nie mamy zbyt dobrego mniemania. Przyznam, że mnie samą zaskoczyło w bawarskich wspólnotach katolickich wiele kwestii. Począwszy od problemu z brakiem księży (który jest faktem) samą strukturę liturgii, lub sprawy tak formalne, jak przykazania kościelne.

Zdjęcie zrobione po tym, jak udało nam się z Marcy, po wielu przygodach, dotrzeć rowerami do koscioła, żeby świętować Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Miałyśmy problem ze znalezieniem drogi, ale chyba Duch Święty nas poprowadził, bo trafiłyśmy w punkt 😀

Jeśli chodzi o księży, to rzeczywiście jest ich bardzo niewielu. Nie spotkaliśmy ani jednego niemieckiego pochodzenia, natomiast pojawili się na naszej drodze księża z Indii i z Senegalu, którzy po nauczeniu się języka niemieckiego, zostali wysłani na misje na zachód. I głosili kazania po niemiecku. Nie byłabym sobą, gdybym do tych księży nie zagadała 😀 Barierę językową usuwał język angielski, trochę francuskiego i łamany niemiecki, a także moja niezastąpiona tłumaczka Marcy (którą pozdrawiam serdecznie :*). Pięknie śpiewający ksiądz Hindus przebywa w Niemczech od 8 lat. Ciemnoskóry, wysoki ksiądz Afrykańczyk w sierpniu był w Niemczech 4 miesiąc (niemieckiego też uczył się mniej więcej tyle czasu). Księża nie mieli jednak zbyt wiele możliwości na pogaduchy, ponieważ jest w niemieckiej wspólnocie taka tradycja dbania o swoich pasterzy (jest ich w końcu tak niewielu!), że księża są zapraszani do kolejnych katolickich rodzin w gościnę po świątecznej mszy świętej 🙂 Uważam, że to bardzo piękny zwyczaj.

Niemiecki wiejski kościółek barokowy. Na zewnątrz można było go zobaczyć powyżej. Jak na barok przystało, wszystkie marmury są tutaj… pomalowanym drewnem 🙂 W czasie mszy świętej było całkiem sporo ludzi. Jest to jednak świątynia bardzo niewielka, jeśli chodzi o przestrzeń – część wiernych musiała ulokować się na chórze. Ale i tak były miejsca siedzące.

Niemiecka msza święta, gdy mówimy o rytuale, niespecjalnie różni się od naszej, polskiej. Poza tym, że jest po niemiecku, oczywiście 😀 Dzięki jednej z koleżanek (przesyłam całusy dla Oli :*) miałyśmy dostęp do niemieckich formułek, więc starałyśmy się dzielnie odpowiadać na wezwania księdza w czasie Eucharystii. Najbardziej powszechnym jest: Gott mit uns. – Und mit deinem Geiste (Pan z wami. I z Duchem Twoim). Jeśli to znacie, możecie już uczestniczyć w połowie niemieckiej mszy 😀

Z rzeczy liturgicznych, które od razu zwracały na siebie uwagę, dało się zauważyć kilka podstawowych różnic między niemiecką, a polską liturgią Eucharystyczną:

  • Zanim rozpocznie się msza święta, wyznaczony świecki czyta głośno wszystkie intencje na daną mszę. Jest ich zazwyczaj bardzo dużo, ponieważ wierni gromadzą się wokół ołtarza bardzo rzadko. Właściwie jest tylko jedna msza wigilijna w sobotę (o 18.30), i dwie w niedzielę (o 8.00 i 10.30). Każda w innym kościele, a wszystkie odprawia ten sam ksiądz, który musi dostać się nieraz do dość odległych, względem siebie, lokalizacji.

  • Brak  jest w kościele tablicy do wyświetlania tekstu śpiewanych pieśni. Przy wejściu natomiast na stoliku leżą książki z pieśniami, których numery są wyświetlane lub ułożone numerkami na pewnego rodzaju tabliczce. Wystarczy więc orientować się w numerkach, aby móc wtórować śpiewającym. Pieśni są dostępne wraz z nutami, więc jeśli ktoś nie zna melodii nowej pieśni, może również bardzo szybko ją przyswoić.

  • Odnosząc się do oprawy muzycznej Eucharystii – w czasie niemieckiej mszy świętej śpiewają ABSOLUTNIE WSZYSCY obecni na liturgii. Organista nie posiada mikrofonu, ani nagłośnienia. Przygrywa linię melodyczną, a cała reszta wiernych śpiewa. Jak kto potrafi. Nie ma, że nie śpiewasz. Jak nie zaśpiewasz, to będzie w czasie mszy po prostu.. bardzo smutno i cicho! Przekłada się to również na psalm w czasie mszy świętej. Nie ma jednego określonego psalmisty, ale pieśń, w ramach psalmu, śpiewają wszyscy, a organista przygrywa.

  • Skoro jesteśmy już przy liturgii słowa, to nie ma po „czymś na kształt psalmu” w niedzielę drugiego czytania. Nie ma w ogóle. Po psalmie jest od razu Alleluja, a później kapłan czyta Ewangelię.

  • Niemcy klęczą od momentu Podniesienia do modlitwy Ojcze nasz. Akcentują w ten sposób ważny moment Ofiarowania (Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie Tobie Ojcze Wszechmogący w jedności Ducha Świętego wszelka cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków.), który w Polsce odbiera się na stojąco, przez co często umyka naszej uwadze.

  • Niemieccy katolicy przyjmują Komunię na rękę. Ten fakt, owiany głęboką zgrozą poniektórych polskich katolików, rzeczywiście istnieje i nawet miałam okazję się przekonać, jak to jest mieć Boga na ręku. Było to jednak dla mnie jednorazowe doświadczenie, gdyż tak głęboko uderzyło w mój szacunek do Eucharystii, że nie czułam się godna, by po raz kolejny wyciągać swoją brudną, niewyświęconą dłoń po kawałek bożego chleba. Ksiądz nie miał z tym żadnego problemu i udzielił mi komunii w tradycyjny sposób. Co ciekawe, Komunii na niemieckiej mszy udzielają nie tylko księża, ale i świeccy, m.in. kobiety.

  • Do mszy świętej służą ministranci i ministrantki. Dziewczynek jest zresztą zazwyczaj dużo więcej. Kobiety spełniają bardzo dużą rolę w niemieckim Kościele – nie tylko w służbie ołtarza, ale, tak jak pisałam powyżej, udzielają komunii, czytają intencje, prowadzą niektóre modlitwy, czy spełniają rolę lektora w czasie liturgii słowa.

  • Bardzo wiele osób z niewielkiej wspólnoty katolickiej przyjmuje w czasie mszy świętej Pana Jezusa. Ani razu jednak nie widziałam, żeby ktokolwiek przystępował do sakramentu Pokuty i Pojednania. Konfesjonały w niemieckich kościołach właściwie nie istnieją. Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić, jak jeden ksiądz w czasie niedzielnej Eucharystii miałby wyspowiadać wszystkich, odprawić mszę i pojechać do kolejnego kościoła oddalonego o dwadzieścia parę kilometrów.

  • Młodzi ludzie w Kościele niemieckim po prostu… są niebytem. Nie ma ich ani na wsiach, ani w kościołach – emigrują do miast i niechętnie wracają na stare śmieci. Zdaje się również, że nie widzą potrzeby pogłębienia swojej relacji z Absolutem. My, jako studentki z Polski, byłyśmy nie lada ewenementem dla niemieckich współbraci. Kilka osób pytało nas skąd jesteśmy („pewnie z Polski?”) i byli zbudowani tym, że co niedzielę widzieli nas w kościele.

Pod tzw. „okrągłym” (ponieważ ołtarz jest w nim w samym środku, a dookoła są ławki) kościołem zaczyna formować się procesja do leśnej kaplicy.

Szczególnym wydarzeniem organizowanym przez niemiecką wspólnotę kościelną była procesja z okazji święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny (8 września). Wówczas, przed sobotnią liturgią, powędrowaliśmy do leśnej kaplicy. Co ciekawe, tego typu wydarzenie ma miejsce w miejscowej wspólnocie… raz w roku! I akurat my miałyśmy okazję go doświadczyć. Była to nasza ostatnia niemiecka msza święta przed powrotem do Polski. Przypadek?? 😀

Wędrujemy z procesją w stronę lasu z obstawą strażacką z przodu i z tyłu. Nasza wspólnota liczy ok. 20-25 osób.
W lesie, przed mszą świętą. Widać kaplicę, która zdaje się, że jest jeszcze przedwojenna.

Przyzwyczajone do względnie krótkiej niemieckiej mszy (trwa zazwyczaj, z homilią, ok. 50 minut) stwierdziłyśmy, że zapewne procesja skończy się po 15 minutach marszu. Jakże się myliłyśmy! Wędrowaliśmy ulicą, a potem leśną ścieżką, przez blisko godzinę (sic!), śpiewając niemieckie pieśni i modląc się. Osobiście, byłam średnio przygotowana do takiej wyprawy, więc myślałam, że nogi mi odpadną w tych moich lichych balerinkach. Ale daliśmy radę!

Wieczór był chłodny, ale serca gorące. Po mszy świętej zorganizowano piknik, na którym można było wspomóc finansowo lokalną wspólnotę, kupując kanapki. Fundusze zebrane w ten sposób miały być przeznaczone na pomoc charytatywną Indiom, które wlaśnie nawiedziły wielkie powodzie. Bardzo miło nas przyjęto, a osoby lepiej znające angielski zagadywały do nas. Sami wspominali swoją pielgrzymkę do Polski (Kraków, Częstochowa) z polskim księdzem, który opiekowł się parafią, zanim nastał ksiądz Hindus. Bardzo byli wówczas zszokowani, że spotkali w naszym kraju tylu młodych ludzi w kościele.

Wniosek z tego taki, że wspólnota niemiecka mimo, że niewielka, jest jednak bardzo zgrana. Znają się ze sobą, są otwarci i bardzo przyjacielsko nastawieni. Dbają o swoich pasterzy i bardzo się cieszą z każdej Eucharystii. Nawet jeśli trzeba godzinę iść, żeby móc w niej uczestniczyć 😀

A to na dowód na to, że zdjęcia są autentyczne i rzeczywiście uczestniczyłyśmy w leśnej niemieckiej Eucharystii 😀

Ciekawostką, o której warto wspomnieć i mieć ją na uwadze, gdy ma się zamiar przekroczyć granicę naszych zachodnich sąsiadów, są Przykazania Kościelne. Każdy kraj ma inne. Obowiązują one jednak każdego wierzącego, a ich nieprzestrzeganie jest pod wagą grzechu ciężkiego. Tak, u nas w Polsce utarł się zwyczaj postu od mięsa w piątki, który nie jest respektowany tylko wówczas, gdy piąty dzień tygodnia wypada w jakieś święto, jest w oktawie Wielkanocy, lub biskup diecezjalny ustanowi dyspensę od postu, która obowiązuje jednak tylko w jego diecezji. W Niemczech… nie ma czegoś takiego jak post w piątki – także, na chwałę Pana można wcinać niemieckie kiełbaski przez cały tydzień, nawet, jak jest się Polakiem 😀

Dresden – wycieczka do Drezna

Ostatnim punktem, o którym nie mogłabym nie wspomnieć, mówiąc o mojej wizycie w Niemczech, jest Drezno. Miasto znane szerzej wielbicielom Augusta II Sasa, gdyż to on, będąc królem Polski, uczynił z niego wielką metropolię. Na nim też dzisiaj buduje się wiele turystycznych atrakcji.

Konny pomnik Johanna króla Sksonii i Opera w Dreznie

Wizyta w tym mieście była dla mnie tym bardziej znacząca, że dokładnie rok temu również miałam okazję zobaczyć to miasto, odwiedzając je w roli wychowawcy kolonijnego wycieczki ministrantów 🙂 Mieliśmy wówczas dość napięty grafik zwiedzania i staraliśmy się zdążyć wyjechać przed burzą (ale upał był 35-stopniowy!), więc nie zdążyliśmy właściwie kupić żadnych pamiątek. Pozostały mi jednak zdjęcia 😀

Ja w Dreznie w lipcu 2017. Chyba trochę się zmieniłam przez ten rok 😀
To zdjęcie z roku 2018, zrobione w okolicy miejsca z poprzedniego zdjęcia. Widać zegar ratuszowy i kawałek Kościoła, którego fragmenty można było zaobserwować na poprzedniej fotografii 😀

Drezno, kiedy jest piękna pogoda, to miasto bardzo przyjazne. Udało nam się znaleźć miejsce do zaparkowania i poszłyśmy swoimi ścieżkami oglądać tę królewską metropolię. Korzystając z ubiegłorocznej wiedzy, kiedy to zwiedzaliśmy Dresden z przewodnikiem, pamiętałam mniej więcej zabytki i ich historię. Jestem również po lekturze Hrabiny Cosel Józefa Ignacego Kraszewskiego (który swoją drogą ma w Dreznie swoje muzeum). Zupełnie inaczej ogląda się to miasto znając historię miłostek króla Augusta. Polecam – powieść Kraszewskiego, oparta na faktach historycznych, jest fabularyzowana.

August II w poczcie królów Saksonii. Na dole widać herb Polski. Namalowany jest na 100-metrowej ścianie z mesneńskiej porcelany, która stała się jednym z ważniejwszych źródeł bogactwa królewskiego dwóru czasów polskiego Króla Sasa.

Mówi się, że August II Mocny był niesamowicie kochliwy. Miał tak wiele kochanek, że liczbę jego dzieci przekłada się na ilość dni w roku. Oficjalnie uznał za swoje (chyba) szesnaścioro z nich, z czego, zdaje się, 6 urodziła jego własna żona. Poza uwikłaniami miłosnymi August II lubował się we wszelkiego rodzaju zabawach i imprezach. W tym celu zbudował Zwinger, w którym organizował rozmaite maskarady, sprowadzał najlepszych muzyków i.. przebierał się za zwykłęgo przechodnia uwodząc kolejne naiwne (bądź mniej) kobiety.

Zwinger to „późnobarokowy zespół architektoniczny”, jak określa go Wikipedia, a mówiąc prościej – prostokątny plac otoczony pięknie zdobionymi budynkami i fontannami.

Na schodkach Zwingeru. W tle widać pomnik Johanna.
A tu widać zdjęcie bramy od środka. I mnie. I Julii 🙂

W jednym z budynków otaczających Zwinger znajduje się Galeria Starych Mistrzów, którą nie omieszkałyśmy odwiedzić. Wewnątrz można było zobaczyć m.inn. Rafaela Santi, Tycjana, Rembrandta, czy Van Dycka.

Niestety nie zapisałam sobie tytułów obrazów, więc pozwolicie, że daruję sobie opisy. Po prostu zachwycajcie się sztuką 😀
Jezus i bobasy 😀
Tryptyk. Namalował go ktoś bardzo ważny 😀
Ponieważ ten Pan ma prawie tak samo fajny wianek, jak ja, musiałam zrobić sobie z nim selfie 😛

W muzeum spędziłyśmy (ku rozpaczy moich współtowarzyszek) tylko 1,5h. Na zwiedzanie Drezna przeznaczyłyśmy tylko 3 godziny (i za tyle opłaciłyśmy parking), a miałyśmy jeszcze w planach znaleźć jakiś szybki obiad i przejść się po rynku. Nie zwiedzałyśmy więc nic więcej, a tylko przeszłyśmy się po rynku. Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru.

Kościół z okrągłą kopułą. Można go spotkać na pamiątkowych drezdeńskich magnesach.
Ważny i duży katolicki (!) kościół 🙂
Jarmark jesienny w Dreznie.
Ludzie rzeźby. Nie mogłam zrozumieć, jak można tak stać bez ruchu przez kilka godzin dziennie…

Ostatecznie wycieczkę do Drezna zaliczam do udanych 🙂 Kiedy będę miała jeszcze okazję się tam wybrać, na pewno z niej skorzystam, bo rzeczywiście jest tam jeszcze co zwiedzać!

Z anegdotek
Znowu Drezno. Po zakończeniu zwiedzania zmierzamy w stronę autostrady, jednak liczba kilometrów na liczniku podpowiada, że należy skierować się w stronę stacji benzynowej. W Niemczech samochody na gaz mają inny adapter (niż w Polsce) do tankowania (swoją drogą dużo łatwiejszy w obsłudze). Zazwyczaj można go wypożyczyć za kaucję zwrotną (w wysokości 20 E), żeby móc zatankować, jeżeli takowej przelotki do gazu się nie posiada. Więc wyszukałyśmy w GPS-ie najbliższą stację i jedziemy. No i fajnie, jest LPG. Idziemy do kasy po adapter… Nie ma adaptera. Spokojnie, bez paniki. Jedziemy na kolejną stację… Nie ma LPG (w Niemczech dużo mniej aut niż w Polsce jeździ na, jak to niektórzy mówią, gazolinę :D). No to może następna…Nie ma adaptera. Kolejna… Brak gazu i adaptera. Dalej… nie ma. Krążyłyśmy godzinę po Dreznie szukając gazu i przelotki. Zaczął mi się powoli włączać stresik, bo po nieprzespanej nocy miałam jeszcze do przejechania jakieś 400 km (do Wrocławia)… No to, myślę, trudno. Jak na następnej stacji nie będzie gazu, to tankujemy benzynę (w końcu każdy samochód na gaz jest też wyposażony w zbiornik na benzynę). Po drodze przezornie zaintonowałyśmy „Zlituj się zlituj, niech się nie tułamy…” (dla niewtajemniczonych – jest to fragment pieśni „Serdeczna Matko Opiekunko ludzi”). Zajeżdżamy na stację z, już właściwie,  brakiem nadziei… i… jest! Jest adapter! Nawet bez kaucji! Kiedy powiedziałam Panu w kasie, że nigdzie w Dreznie nie mogłyśmy znaleźć przelotki do gazu, to w imieniu wszystkich poprzednich stacji… przeprosił mnie 😀
Wniosek z tego taki, że na wycieczkę do Drezna, drodzy LPG-owcy, zabieramy ze sobą własny adapter do gazu! 😛 

I na koniec…

Wnioski z podróży do Niemiec nie muszą być długie 🙂 Wycisnęłam z tego tematu, co tylko umiałam, dzieląc się z wami moimi przemyśleniami. Ludzie Germanii pozostają w mojej pamięci, jako nerwowi, ale i bardzo pomocni. Porządni i otwarci nie tylko na wszelkiego rodzaju nowinki ideologiczne, ale również na obcokrajowców. Bardzo życzliwi i uczciwi, z poczuciem humoru, wytatułowanymi ciałami i niskim, dudniącym głosem (zarówno u mężczyzn, jak i kobiet). Niezbyt dbający o zdrowie, ale korzystający z życia. Przede wszystkim jednak – bardzo gościnni.

Część tego kraju, którą udało mi się zobaczyć, pozostawi na pewno w mojej pamięci wiele dobrych wspomnień. Zarówno malowniczych krajobrazów turyndzkich wiosek i pagórków, jak i uśmiechniętych twarzy nieznajomych niemieckich sąsiadów, którzy z każdym mijanym przechodniem witają się tak, jak my, odbierając telefon: Halo!

*******************************

Dodatek dla wielbicieli zwierząt

Niemcy kochają zwierzęta. Ja z kolei bardzo lubię koty, więc pozwoliłam sobie sfotografować poniektóre sztuki 😀 Widać, że zwięrzątka zadbane, dopieszczone, dokarmione… Łaszą się, nie boją się obcych, a nawet potrafią stanąć na środku ścieżki ubiegając się o „głasku głasku” 😛 Spotkałam też takich, którzy oprócz psów, kotów, żółwi, kameleonów i zwierząt hodowlanych mieli nawet domową świnkę… Ale to już kolejna długa historia 😀

____________________________________________________________________

Kochani, dopiero teraz miałam czas przysiąść do posta, który w głowie rodzi mi się już od dwóch tygodni. I, ponieważ jest dość długi, zajął mi kilkanaście dni. Moje życie to w ostatnim czasie istny rollercoaster 🙂 Po powrocie do Polski musiałam (i chciałam!) spotkać się z wieloma znajomymi, więc od rana do wieczora byłam, tak naprawdę, w trasie. W ciągu ostatnich 2 miesięcy zrobiłam moim autkiem ponad 2000 kilometrów. Dodatkowo, właśnie się przeprowadziłam, także możecie sobie wyobrazić, co przeżywam 😀 Od rana do wieczora na pełnym speedzie, spotkania, praca, mieszkanie, zakupy, studia, wesela itd. itp. Ale bardzo się cieszę z tego intensywnego czasu, mam bardzo niewiele chwil na sen, bo jest TYLE DO ZROBIENIA! Czuję, że żyję, chociaż obecnie złapało mnie nieprzyjemne przeziębienie 🙁 Lecz nie mogę powiedzieć –  Polska przywitała mnie z szeroko otwarymi ramionami 🙂
I pomyśleć, że jeszcze dwa tygodnie temu byłam w Niemczech… Poza Dreznem zdążyłam odwiedzić Wrocław, Albertów, Warszawę i Lublin 🙂 W planach kolejne wycieczki ;D
Moi kochani znajomi, kto chce się spotkać, niech pisze! Mam napakowany kalendarz, ale dla każdego postaram się wyegzekwować chwilkę 😉 Najwyżej trzeba będzie na nią poczekać chwilkę, ale jak powiedziałam, tak zrobię, don’t worry 😉
To już (wreszcie) koniec na dziś, ale szkice kolejnych artykułów już w drodze. Kto dotrwał do tego momentu może sobie wpisać odznakę cierpliwości do CV 😀 Nie jestem w stanie przewidzieć tego, jak często będę teraz publikować teksty na blogu, z powodu ograniczeń czasowych, ale jak tylko będę mieć chwilę, to się tutaj pojawię. Sprawdzam statystyki i cieszę się, że jest was coraz więcej! Skoro to czytacie, to ja będę pisać 😉 pozdrowienia i do rychłego zobaczenia!
Monia

2 komentarze

  1. Ppp Ppp

    Świetny artykuł.
    Do ciekawostek dodałbym kąciki dla dzieci. Zestaw: stolik, kilka krzesełek, pudełko kredek, ryza papieru, malowanki, kilka książeczek i pluszaków – widziałem we wszystkich niemieckich kościołach, w jakich byłem.
    Nie wiem, czy spotkałaś się z indywidualnym błogosławieństwem po mszy – po „Idźcie, ofiara spełniona”, ludzie ustawili się w kolejce do księdza i każdy dostał indywidualne błogosławieństwo. Spotkałem się z tym w Wiedniu, w kościele należących do siedziby Wielkiego Mistrza Krzyżackiego. Po powrocie robiłem sensację, że dostałem „krzyżackie błogosławieństwo”.
    Pozdrawiam.

    • Monika Małyska Monika Małyska

      W kościołach, w których my byłyśmy była na tyle mała wspólnota, że nie spotkaliśmy się z kącikiem dla dzieci. Zresztą, tych ostatnich było… bardzo niewiele 🙂
      Błogosławieństwo, to bardzo ciekawy zwyczaj, ale nie było mi dane go doświadczyć. Może to też zależy od narodowości księdza?
      Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.