Przejdź do treści

Luźne myśli o nie-możliwościach

Zastanawialiście się kiedyś, ile rzeczy można zrobić w 2 dni? Do tego – prawie bez snu? A w tydzień? W rok? Jak wiele można zrobić w rok? Moje ostatnie doświadczenia życiowe (a czuję, że tzw. „dorosłość” zaczyna mi coraz bardziej wchodzić w krew) pokazują, że można nie zrobić prawie nic, ale też – da się zmienić wszystko. Totalnie. Rok temu, kiedy zaczynałam tworzyć tego bloga, moje życie przekręciło się do góry nogami. Nagle znalazłam się w innej rzeczywistości kompletnie wbrew moim założeniom i przypuszczeniom. Kosmos, po prostu. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, jestem pod wrażeniem, że tak gładko przez to wszystko przeszłam. Cudem, z bożą pomocą i nieustanną opieką <3

Rok temu, w sierpniu, będąc jeszcze na ziemiach germańskich, przeżywając jak renifer wiosnę podróż niemiecką autostradą i próbując tworzyć swoją nową rzeczywistość, powiedziałam: „Dzisiaj Niemcy, a jutro Ameryka!”. Teraz widzę, że to życzenie staje się FAKTEM. Jutro będę w Ameryce!

Skąd taki pomysł? Sama nie wiem, chyba inny kontynent wydawał mi się (dalej mi się wydaje, dopóki nie postawię tam swojej stopy, albo chociaż małego paluszka…) jakiś nierealny, niemożliwy do osiągnięcia dla kogoś takiego jak ja, bo kimże jestem? Ludzie jeżdżą, zwiedzają różne miejsca, podróżują, ale ja? Ja nie jestem ani jakaś bogata, ani specjalnie odważna na tyle, żeby aż po jakichś Amerykach jeździć. Ja bym sobie poradziła w takim kraju obcym niedostępnym? Tak kiedyś myślałam. Ale przełomowe sytuacje zmieniają. Kryzysy życiowe sprawiają, że mocniej stoisz na własnych nogach. Ziemia jest trwalsza, a ty – bardziej stabilny. To niesamowite, ale dzisiaj dziękuję Bogu za całą moją przeszłość, bo ona doprowadziła mnie do tego miejsca – do tego by sięgnąć czegoś (jak mi się wydawało) niemożliwego! Bywam na różnych spotkaniach Duszpasterstwa Akademickiego i usłyszałam tam kiedyś taką modlitwę:

Boże nie dawaj mi mniejszego krzyża, ale silniejsze plecy. Żebym dawał radę nieść to, co mam.

Te słowa mocno się wyryły w moim sercu i umyśle, wracały później kilkakrotnie przy różnych okazjach. Ta modlitwa, tak prosta, a tak pełna wdzięczności jest kluczem do szczęścia. Do rozwoju. Do świętości. Do czynienia cudów!

Mnie kryzysowe sytuacje nauczyły kochać – innych, ale też nieidealną siebie. Otworzyły mnie na drugiego człowieka, pozwoliły na współodczuwanie. Pozwoliły na oczyszczające łzy i na przyjęcie dobra innych, na docenianie tego, co mam, na cieszeniu się dniem dzisiejszym bardziej, niż skupieniem na tym, co mi nie wyszło. I poznałam jak wielu mam wspaniałych przyjaciół, na których mogę liczyć. I którzy naprawdę – teraz mogę powiedzieć, że w to wierzę – będą za mną tęsknić… 🙂

Ale wracając do podróży… Camp America, czyli gdzie i po co jadę. O programie można poczytać tu. Ja lecę do Stanu Nowy York na chrześcijański camp-of-the-woods. Będę miała okazję posłuchać o Bogu po angielsku, a przy tym poznać wielu ludzi z całego świata! Czy to nie cudowne? Bóg naprawdę spełnia marzenia – nie mam co do tego wątpliwości – nie wiem, do czego to prowadzi, ale ja zostałam nauczycielem polskiego, jako obcego dlatego, że kiedyś, jako dziesięciolatka, wracając ze szkoły wymarzyłam sobie, że będę uczyć polskiego obcokrajowców, bo to taka super zabawa i oni tak śmiesznie mówią! Potem pokochałam język polski, literaturę i gramatykę, a teraz rzeczywiście uczę moich uczniów i uwielbiam to, co robię! Niewyobrażalne, ale da się – nawet, gdy żyjesz w miejscu, gdzie nikt nigdy nie widział osoby z zagranicy (tak było)… ale da się 🙂 chcieć to móc!

***

Kiedy słucham ludzi planujących podróż na camp, to niektórzy mówią, że to ich marzenie, mają opracowane plany życia, podróży, wszystko dopięte na każdy guziczek, bilecik, pod linijeczkę,, żyją tym, jedyne czego pragną osiągnąć to polecieć do USA i tam po prostu spełniać marzenia, American dream…

Ja nie miałam takich marzeń, pomyślałam o tym, że chciałabym zrobić coś niemożliwego, chciałabym poczuć na swojej skórze, że się da, to uczucie wolności i pewności, bożej opieki, którego doświadczyłam prowadząc auto w Niemczech. Kiedy żyłam tam przez miesiąc zarysował się w moim sercu pewien wzór, który układa się w literki – chcę więcej! Poza tym uwielbiam poznawać nowych ludzi, chciałabym się trochę pewniej poczuć z mim angielskim, więc… skoro mogę, mam siłę, jestem zdrowa, młoda, to dlaczego nie dziś? Dlaczego nie?

Od września zaczęłam załatwiać wszystkie sprawy związane z wyjazdem. Oświadczenie o niekaralności (uff), aplikacja na Camp America (fotki, fotki, fotki), wiza (czy brałeś udział w ataku terrorystycznym lub ludobójstwie – nie/tak – wyjaśnij dlaczego?), wszystkie potrzebne dokumenty (ubezpieczenia, lekarze etc.), studia (zamknąć), kursy polskiego (oddać/zakończyć), z niedowierzaniem patrzyłam na upływające godziny, mam wrażenie, że ten rok zleciał w tydzień, naprawdę! Nie wiem, jakim cudem udało mi się wszystko ogarnąć, ale zamknęłam wszystko łącznie z walizką i biegiem, kończąc kolację w drodze na dworzec, dopadłam ostatniego pociągu do Warszawy i jadę. Dzisiaj jeszcze centrum Europy, jutro – drugi koniec globu. Niesłychane. Jeżeli przeżyję ten lot, to nikt mi już nie wmówi, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Wspominki

Pamiętam taką sytuację, gdy przygotowywałam się do olimpiady z języka polskiego w klasie maturalnej. Moje wrodzone lenistwo robiło wszystko, żeby mnie do tej zacnej roboty maksymalnie zniechęcić i prawie mu się udało – szczególnie pierwszy etap pisania pracy był dla mnie niemal nie do przejścia. Pisałam pracę o pisarzu, którego właściwie nie znałam, męczyłam się okropnie, błądziłam po omacku i miałam wrażenie, że ani się to przysłowiowej kupy nie trzyma, ani nie ma żadnego większego sensu – ot, przepisywanie mądrych książek jakichś ludzi, badaczy, o których pierwsze słyszę i nie wiedziałam, że są ważni (i niby dlaczego? Bo cośtam napisali? Też mi…). Absolutnie nie przystępowałam do olimpiady z myślą, że mogę coś w niej osiągnąć. Raczej zrobiłam to (w końcu), bo… moje przyjaciółki wzięły w niej udział, a że ja z polskim sobie radziłam nieźle, to jakoś tak głupio mi było w tym nie uczestniczyć (skoro one wzięły to… nie mogę być przecież od nich gorsza!). Moja praca pisemna była niezbyt wysoko oceniona, ale razem z dziewczynami przeszłyśmy do etapu okręgowego i razem się uczyłyśmy. Ja brałam w olimpiadzie udział już po raz drugi i wiedziałam, jak wygląda pisanie egzaminu na poziomie okręgowym, dlatego dalej, w głębi serca, nie wierzyłam, że może mi się udać przejść dalej. W efekcie okazało się, że dostałam się do etapu ustnego (którego panicznie się bałam i myślałam, że naprawdę się tam nie odezwę), przeszłam go (o ironio!) i znalazłam się w Warszawie na etapie centralnym z długopisem w dłoni. Napisałam pracę, którą oceniono na ponad 20 punktów (????). Nie tylko zostałam finalistą olimpiady, ale walczyłam o tytuł laureata na etapie ustnym. Wtedy już wiedziałam, że z osiągnięciem tytułu laureata będzie ciężko , nie przygotowywałam się za bardzo do ustnego egzaminu (ponieważ nie przypuszczałam absolutnie, że zajdę aż tak daleko). Laureatem nie zostałam (no, w końcu trzeba było mieć jakąś wiedzę, a nie tylko szczęście…!), ale szok i niedowierzanie związane z faktem, że nie muszę pisać matury (incredibile!) sprawił, że zaczęłam wierzyć, że się da. Da się osiągnąć wszystko! Tylko trzeba ufać i wierzyć, że to jest moja droga – jeśli ma być moja – to tak będzie. Osiągniesz wszystko. Spełnisz marzenia. Będziesz szedł TĄ WŁAŚCIWĄ ścieżką, która nie była jeszcze wydeptana przez nikogo, bo czeka właśnie na Ciebie!.

***

W ciągu roku, gdy przygotowywałam się do wyjazdu miałam wiele wątpliwości – czy sobie poradzę? A po co mi to? Czy warto? Jak ja ogarnę studia? Jak w tej piosence „Po co? Po co? Po co? Po co?”. Jednak im bliżej wyjazdu, tym bardziej się mobilizowałam, tym bardziej potrafiłam nie spać po nocach i się uczyć („Już północ… trala lala lala la…”1), tym mocniej walczyłam o każdą sekundę na spotkania z rodziną i przyjaciółmi (wiedziałam, że nie będziemy się widzieć przez 4 miesiące…), tym więcej miałam siły. I oto. Ogarnęłam. Lecę. Już jutro. Już za 14 godzin. Już za godzinę…

Nie pisałam wcześniej o wyjeździe, bo wydawał mi się tak mało realny, że nie chciałam „zapeszać”. To tylko mi pokazuje, jak małej wiary człowiekiem jeszcze jestem. Jest nad czym pracować. W ogóle w moim środowisku uchodzę za osobę odważną i niechętną na kompromisy. To prawda, kiedy coś sobie postanowię, staram się nie zatrzymywać pomimo wszystko. Ale z drugiej strony pakuję się nieraz z tej mojej spontaniczności w takie tarapaty, że mój anioł stróż (jak to kiedyś od kogoś usłyszałam) ma pełne ręce roboty. Na szczęście zawsze jest do dyspozycji, bo Bóg jeden wie ile się mogło wydarzyć w moim życiu nieszczęść, gdyby nie On.

Dzisiaj trochę luźnych myśli przedwylotowych, nieuporządkowanych i chaotycznych, ale może tak właśnie ma być, trochę to opisuje moją osobowość, a wszystko, co piszę, piszę z serca i potrzeby ekspresji, podzielenia się z wami tym, czego doświadczam, a nóż widelec, dla kogoś będzie to pożyteczne, bo pomyśli sobie – o, to w ogóle zupełnie tak, jak u mnie, więc nie jestem jeszcze taki totalnie szalony, tak da się żyć, a nawet… przeżyć 😀

Kiedy zdążyłam przełknąć kanapkę, a mój tatuś nie może sobie odmówić fotki… 😀
Kiedy jesteś na lotnisku i musi być fotka. I masz wspaniałych przyjaciół, którzy odprowadzają Cię na lot <3

Keep in touch my dears 😀 Następnym razem widzimy się w NY 🙂

1Komu zdarzyło się spędzić nockę w Bibliotece Uniwersyteckiej, ten wie, co oznaczają te słowa…

Bądź pierwszym, który skomentuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.