Przejdź do treści

Dwie wersje jednej bajki

Kiedy myślałam o tym, jak ubrać w słowa to wszystko, czego tutaj dośwadczam już od prawie 30 dni, przychodzą mi na myśl dwa skojarzenia. Gdy jestem wśród mnóstwa ludzi, którzy nagle stali się bardzo mi bliskimi osobami czuję się, jak w filmowej opowieści, której zakończenie pozostaje wciąż zagadką. Gdy wychodzę na samotny spacer wzdłuż jeziora, żeby po raz kolejny obejrzeć zjawiskowy zachód słońca, albo oganiając się od wszechobecnych, krwiożerczych komarów przemierzam nieuczęszczane leśne ścieżki lub próbuję znaleźć słońce schowane w koronach drzew… wówczas czuję się jak w bajce. Bajkowy film – to coś, co zgotowała mi ręka Bożej Opatrzności, która doprowadziła do momentu, że oto siedzę na sofie w małej amerykańskiej mieścince, w Polsce jest dwadzueścia minut po północy (nie przestawiłam polskiego zegarka), a ja, chyrchając raz po raz (niestety czasem życie nie rozpieszcza i rozkłada mnie przeziębienie), rozmyślam o tym, jak życie potrafi zaskoczyć. I o tym, że Bóg lepiej wie, co naprawdę da Ci w życiu szczęście. Że będziesz się czuć na swoim miejscu, potrzebny i kochany – nawet na drugim końcu planety. No, po prostu bajka! Jak z Holywood 😉

Pozwolę sobie trochę pobawić się warsztatem literackim, jaki przyszło mi posiąść moim żmudnym studiowaniem na wydziale polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego… (żartowałam!) i moją relację z pobytu tutaj ubrać w dwa alternatywne, aczkolwiek niewykluczające się stylizacje. A co tam! Ponieważ ja lubię się stroić, a szczególnie latem (na wycieczkę zabrałam ze sobą 12 sukienek i kilka spódnic… 😀 a ponadto ciąglę dostaję nowe ;P), więc i moją historię pozwolę sobie ubrać w róże ciuszki… Życzę zatem miłej zabawy w zgłębianiu fragmentów mojego życia 😉 Przerywniki muzyczne mają wam pomóc wczuć się w atmosferę… 😉 Enjoy!

Światła, kamera, akcja! – relacja filmowa

Scena pierwsza – wszyscy na pokład!

Niedowierzająca Monika z czarnym kwiatkowym plecakiem (pożyczonym od młodszej siostry) wypchanym wszelkimi możliwymi rzeczami zabezpieczającymi „na wszelki wypadek” wchodzi na lotnisko odprowadzana spojrzeniami drogich polskich przyjaciół. Po w drodze gubi ulubiony kapelusz, ale jej anioł stróż szybko go znajduje. Na lotnisku spotyka swoją nową towarzyszkę doli i niedoli – Michalinę.

Michalina – postać nieco zagadkowa, zielonooka blondynka o buzi w kształcie słonecznego poranka. Jej niewielka postać i słodki uśmiech tworzy niezwykle uroczy miks osobowościowy. W dodatku jest bardzo bystra i ma dużą wiedzę o świecie. Co prawda w zasadzie głównie teoretyczną, ale to już coś. Otwarta na nowe doświadczenia, oczekuje na przygodę życia. Monika wygląda przy niej jak starsza, wyrośnięta siostra (ktoś zresztą pytał się już ich, czy przypadkiem nie są siostrami… :O)

Zaprawdę, tworzymy z Michel duet nie od parady :D :P
Zaprawdę, tworzymy z Michel duet nie od parady 😀 😛

Scena druga – samolot

Dziewczęta wsiadają do samolotu. Pokład zamyka się. Zbliżenie.

9-godzinną podróż można streścić w 90 sekundach taśmy. Monika siedzi obok stewardessy, od której dowiaduje się wszystkich potrzebnych informacji dotyczących latania samolotem, Michalina natomiast ma sąsiadów pochodzenia Żydowskiego. Siedzą w różnych miejscach samolotu. Od czasu do czasu turbulencje. Monika dzielnie ogląda filmy po angielsku (zmotywowana, żeby wreszcie zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi) – przy trzecim wymięka. Michalina obserwuje poruszający się na ekraniku samolocik, który coraz bardziej zbliża się do ziemi obiecanej…

Coraz bliżej... NY :D
Coraz bliżej… NY 😀
Wszyscy lecimy na tym samym wózku… 😛

Przylot. Wyjście z samolotu, czekanie w kolejce na rozmowę z oficerem („czy ja wyglądam na terrorystę?”), odbiór bagażu, oczekiwanie na przedstawiciela Campu, podróż metrem w NY, hotel Hilton. W rzeczywistości trwa to wszystko kilkanaście godzin – w filmie max 30 sekund. A to i tak długo. Ekscytacja. Coraz więcej ludzi dookoła. Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy… „Ty też z Camp America?”. Monika i Michalina szybko znalazły pierwszą część polskiego składu, których destination ma być legendarny Camp-of-the-woods… „Pierwszy raz w USA?” – gadanie, dużo gadania. Dużo dzwonienia do rodziców – „Tak, wszyscy (o dziwo!!! – to jest ironia) przeżyli podróż i właśnie jedzą kanapki z indykiem. I próbują podłączyć telefon do gniazdka, które wygląda jak przestraszony muminek. Dziewczyny zasypiają na stojąco.

Nasze pierwsze śniadanie w Ameryce

Krótka relacja z dnia pierwszego. Maksymalnie 5 minut filmu. Wypasione śniadanko – bekon, jajko, ciasteczka, kawa, co chcesz. Jest jedzenie – jest radość. Niektórzy zwiedzają pobliskie sklepy, niektórzy tylko toalety. Dziewczyny zasadniczo trzymają się razem. Jakoś tak się na siebie skazały od samego początku, więc teraz się trzymają. Przyjeżdża typowy amerykański starszy pan i zawozi grupę do miejscowości o zagadkowej nazwie… Speculator. Po drodze angielskie napisy, amerykańskie budynki, amerykańskie rozmowy w drodze (oczywiście Monika zagaduje kierowcę). Wjeżdżają na teren campu. Kamera zwalnia, slow motion…. wpłynąłem na suchego przestwór oceanu….

Nad wodą wielką i czystą… i dżdżystą…

Jak w bajce

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za Oceanem Atlantyckim, lasami, wielorybami i wszystkim co żyje w morzu i po niebie lata, tam, gdzie słońce dopiero wschodzi, gdy Ty właśnie kładziesz się spać w swojej miękkiej pościeli, w pobliżu (względnym) kraju kojarzonego z syropem klonowym, w Stanie Nowy York, leżała malownicza, górska miejscowość o zagadkowej nazwie… Speculator.

Witajcie w naszej bajce…

Było to miejsce zamieszkiwane w zamierzchłych czasach przez pokolenia amerykańskich Indian z plemion Islota, Onendoga, Mohikan, Wichita, Pueblo, Sierra, Hopi i wielu, wielu innych. Tłumnie wówczas bywało w górach pasma Adirondack… Kiedy czasy przestały być zamierzchłe i pokolenia Indian wyginęły pozostawiając po sobie pamiątki w postaci wyciosanych ciupag, ostrych kamieni, niebieskich ziemniaków i figurek Indian czyszczonych codzień przez gorliwych houskeeperów, pewnego pięknego, zimnego, deszczowego wieczoru grupa niewiadomego pochodzenia przechadzała się nad brzegiem jeziora otoczonego ze wszech stron wzgórzami i pagórkami – jeziora o wdzięcznej nazwie Pleasant (co oznacza „przyjemny”). Grupa powoli zmierzała w stronę ciemnego lasu i niewielkiego cypelka, na którym przygotowane było miejsce na ognisko, które od dzisiaj miało stać się  dla niej istotnym miejscem uzdatniania pożywienia do konsumpcji (oczywiście, po wcześniejszym upolowaniu). Za płotem hasały czarne beary, po gałęziach skakały niebieskie bluebirdy, od czasu do czasu zza krzaja wyskakiwał drobny sqirell, przy czym nad wodą unosiły się żądne ludzkiej krwi moskity. Grupa zdecydowanie powolnym tempem przesuwała się wzdłuż brzegu. Od czasu do czasu przystawała w celu uwiecznienia wspaniałego widoku, który jej oczom się ukazał, na przenośnych aparatach współczesnego użytku. Radowały się ich serca – wszak ten widok będzie im towarzyszył przez następnych dziewięćdziesiąt, czy ileśtam dni… W każdym razie długo.

Zachwyt, to za mało powiedziane. Pierwszy dzień na „poincie” 🙂

Na tle grupy posługującej się językiem zagadkowo szeleszczącym, przywodzącym na myśl elfi szept wyróżniały się wzrostem i aparcyją dwie blondwłose dziewoje. Wzrostowa różnica 27 centymetrów sprawiała, że lady Monika wydawała się jeszcze wyższa, niż była w rzeczywistości, a lady Michalina jeszcze niższa, niż faktycznie wskazywała miara. Dziewczęta od pierwszego dnia zakochały się w obrazie natury, który ukazał się ich oczom. Szybko narodziła się w ich codziennej rutynie tradycja spacerów „nad lejka” o każdej porze dnia i nocy, a szczególnie w czasie zachodu słońca, który każdego dnia nad jeziorem Pleasant przybierał inne barwy. Rozgwieżdżone niebo przywodziło na myśl daleki kraj pozostawiony w pamięci wraz z ukochaną rodziną i przyzjaciómi. Gdzieś tam, 9 tysięcy km stąd leży ich ojczyzna… Polska…


Witaj Świecie! Okazało się, że jesteś mniejszy, niż myślałyśmy … na wyciągnięcie ręki 😀
C i ą g   d a l s z y   n a s t ą p i . . .

 

Bądź pierwszym, który skomentuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.